~ Hannah ~
Nie siedziałam z nim zbyt długo, on poszedł do siebie, ja również to uczyniłam. Przez całą drogę powrotną myślałam o tej chorej sytuacji. Przecież jak on może zmienić moje życie, oczywiście jakby to on miał je zmieniać. Nawet jeżeli miałoby się tak stać, nie dam się wrobić w konia miłości. Za dużo przeszłam, aby ponownie dzielić z kimś serce. Przynajmniej nie teraz. To wszystko wykańcza mnie od środka, myśl o przeszłości, myśli o teraźniejszości. O czym ja mam kurwa w takim razie myśleć? Jedyną opcją jest przyszłość, ale ona jest zbyt nie przewidywalna, abym mogła sobie na to pozwolić. (...)
Wyjęłam klucze z kieszeni, otworzyłam dom. Jak zwykle świecił pustkami. Rodziców nie ma, nie żyją. Przyjaciół też nie ma, bo kto chciałby się zadawać z chorą psychicznie dziewczyną która na dodatek ma za sobą parę nieudanych prób samobójczych. NIKT. Więc jestem sama. (...) Spojrzałam na zegarek stojący na blacie kuchennym. O kurczę! Już 19:57, a ja nawet się nie przebrałam. Obudź się Pixie, proszę!
Stojąc przed szafą, znowu nie wiedziałam co mam ubrać. Zwykłe czarne leginsy, albo rurki i koszulkę z nazwą czy logo zespołu? A może lepiej będzie założyć jakąś sukienkę w stylu gotki? Czy coś. Co byś wybrał?
Przymierzałam po kolei wszystkie wymyślone stylizacje. Nic nie przykuło mojej uwagi, oprócz jednej ślicznej sukienki, którą niedawno sprezentowałam sobie na 20 urodziny. Była cała czarna na ramiączka, do połowy uda. Jej materiał w pięć minut został podrapany, w niektórych miejscach porozrywany. Czyli taka jakie lubię. Szybko uporałam się z jej założeniem. Następnie na moich ustach zagościła czerwona szminka, a na powiekach podwójna dawka ciemnych cieni. Byłam już gotowa.
Cała droga prowadząca z domu do hali gdzie miał odbyć się koncert, minął w zupełnej ciszy. Nikt się nie odezwał, nikt na mnie nie spojrzał, nie powiedział nic pod nosem, nawet nie włączyłam sobie muzyki! Szokujące, ale prawdziwe. Spoglądając na zegarek spostrzegłam się, że jest już grubo po 22:00. No po prostu great! Jestem w połowie drogi, nie zdążę.
Na skrzyżowaniu dwóch głównych ulic Sheffield Hawley Street z White Croft usłyszałam głośny pisk opon. Upadłam.
~ Bezimienny ~
„Pamiętniku! Pamiętaj, zawsze przypominaj mi o moich błędach. Nie chcę ich popełnić po raz drugi.
Mam się cieszyć, czy nie? Bo, już nie rozumiem. W końcu jestem w domu, w Sheffield, więc powinienem tryskać pozytywną energią. Mam okazję spotkać się z rodziną, przyjaciółmi, odwiedzić moją ukochaną ławkę i las. Ale tak nie jest, z jednej strony kocham te miasto, a z drugiej nienawidzę. Cała przygoda z tą jebaną dziwką zaczęła się właśnie tutaj, w Sheffield. Wszystkie chore wspomnienia wracają, nie dają mi o sobie zapomnieć, robią mi na złość.
Kocham to miejsce, bo się tu urodziłem, wychowałem wśród wspaniałych ludzi, miejsc. To tutaj, na mojej ukochanej ławeczce powstały wszystkie piosenki, wiersze. Nawet nie jestem w stanie wyrazić tego, ile jest dla mnie warta. (...) No ale, czas się obudzić. Dzisiaj wielkie show. Trzeba się przygotować!”
-Oliver, wszystko gra? Siedzisz cały czas nad tym, nawet w samochodzie musisz to macać. Ogar, człowieku!
Zaczął swoje kazania nasz menadżer. W miarę spoko gość, chociaż jedno mi w nim przeszkadzało-zawsze się musiał w coś wpieprzać, nie ważne czy jesteśmy w trasie, czy jest to nasze życie prywatne. Wkurza mnie!
-Nie, wszystko jest okej. Wiesz, ymm przypominam sobie wszystkie teksty.
Skłamałem. Nie mogłem mu powiedzieć, że piszę pamiętnik i wylewam w nim wszystkie żale. Dziwnie by to wyglądało, ja Oliver Sykes wielki 'corowy twardziel z pamiętnikiem. Nie! To nie dorzeczne.
Reszta zespołu siedziała cicho ze słuchawkami w uszach i albo po raz kolejny powtarzała sobie wszystkie chwyty itp., albo jak Nicholls tańczyła.
-Chciałbym ci wierzyć. Musisz o niej zapomnieć, to co było nie wróci.
Hah, fajnie. To co było, nie wróci. Właśnie w to nie wierzę! Nie wierzę już w prawdziwą miłość, nie wierzę, że to co jest teraz ulegnie długotrwałej zmianie. Za dużo rzeczy w moich oczach było zbyt oczywistych. Nie da się tego od tak naprawić. Po prostu nie ma na to lekarstwa!
-Uwierz i lepiej zajmij się kierownicą, jesteśmy i tak już nieźle spóźnieni.
Włożyłem słuchawki w uszy, lecz zanim to uczyniłem dotarł do mnie pisk opon. Ale to nie byliśmy my, nie poczułem żadnego gwałtownego ruchu w lewo, czy prawo. W celu ogarnięcia sytuacji wyjrzałem przez okno samochodu. Chwilę potem, na skrzyżowaniu ujrzałem samochód i mimo, że było dość ciemno sporą plamę krwi. Nie mogłem na to patrzeć, nie mogłem być tak obojętny!
-Zatrzymaj się!
Nie zważając na wykonanie polecenia, wybiegłem z jadącego samochodu.
Cała lewa przednia strona samochodu była na maksa rozjebana, uderzył w drzewo. Wyszedł kierowca, jego twarz była cała zalana krwią, lecz to nie od niego jest ta plama. Zaczął coś gadać, nie słuchałem. Pobiegłem w stronę plamy krwi. Na asfalcie leżała dziewczyna. Bardzo ładna dziewczyna, jestem ciekaw gdzie wybierała się o tej porze.
Spojrzałem w stronę sprawcy, usiadł. Przed nim stał któryś z zespołu, nie jestem pewny ale chyba nasz perkusista. Reszta jakby nigdy nic siedziała sobie w naszym vanie.
Poczułem muśnięcie na moim lewym nadgarstku. Odwróciłem się.
-Oliver.
Dziewczyna zamknęła oczy. No kuźwa, nie umieraj mi tu! Sięgnąłem szybko do kieszeni spodni po telefon. Zadzwoniłem po karetkę, przyjechała prawie natychmiast.
-Co się stało?
Spytał mnie jeden z lekarzy. Jego oczy. Były identyczne, jak te Amandy. Boże Sykes, opanuj dupę!
-Nie wiem, potrącił ją chyba.
Wskazałem na opatrywanego mężczyznę. Był w szoku, zresztą tak samo jak ja. Mimo, że nie było mnie na miejscu zdarzenia, to jestem teraz i widzę ją. Jest taka bezbronna, wydaje się taka lekka, taka pozbawiona życia, a jednak żyje.
Lekarze zaczęli ją opatrywać, wzięli na nosze i gdzieś odjechali. Tak samo postąpili z kierowcą. (...) Nic tu po mnie. Wsiadłem do vana.
-Co ty kurwa odpierdalasz!?
Boże jakie pretensje, na koncert i tak byśmy nie zdążyli. Musiałem tam iść, coś mnie tam ciągnęło. Nie wiem co. Po prostu nie mogłem patrzeć na to, a może nie chciałem? Nie wiem.
-Nic, jedź już na ten koncert.
Ruszyliśmy.
Koncert minął nie tak jak powinie. Zaczęliśmy dopiero w pół do 24:00. Fani zgodnie na nas czekali, ale szczerze mówiąc nie obraził bym się jakby poszli. Po prostu nie mogłem skupić myśli, pomyliłem teksty „It never ends” z „Chelsea smile”. Nigdy mi się to nie zdarzyło, nie przy takich piosenkach! (...) W tłumie ludzi wypatrywałem przyjaciół, nikogo nie było. Właśnie zdałem sobie sprawę, że mnie opuścili...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Mała zmiana planów co do koncertu, ale myślę, że było ciekawe :) A jak nie było, to przynajmniej dużo wniosło to do przyszłość rozwijania się akcji. Dziękuję za wejścia. ARIZ-jesteś świetna. Love U. <3
Haha zaczęłam piszczeć i poleciały mi łzy jak zobaczyłam na końcu ARIZ haha głupia zbyt emocjonalna ja :)
OdpowiedzUsuńDobra rozdział zajebisty *_*
Myślałam że to BMTH ją potrąciło ale na szczęście nie i Oliver przynajmniej nie był takim idiotą i poszedł sprawdzić co się stało a w vanie się tylko martwili o koncert -,-
Pisz szybko nowy rozdział.
Kooooocham cię <33
hahah, nie jesteś głupia! przynajmniej nie wsakzują na to Twoje opowiadania :)
Usuńhahaha, nie pamiętam, czy pisałam, że Oli przynajmniej w moich oczach jest taki hmm odpowiedzialny. a reszta to reszta, też ich kocham, każdego za coś innego.
postaram się:*
buziooooooooooolllllllllleeeeeeeeeeeeee :**********************************
Kiedy nowy rozdział?? :D
OdpowiedzUsuńpisze się. :)
OdpowiedzUsuń